Bonusmedia - Księgarnia internetowa
następne
Hity
poprzednie
Bonusmedia - Księgarnia internetowa
EnglishPolish
Autoryzacja [Dotpay]
 Książki   Muzyka   Filmy   Nowości   Zapowiedzi

Szukaj
[Zaawansowane...]
 

Produkty
Nowości
Hity dnia
Polecamy
Bestsellery
 

Requiem dla lalek-Cezary Zbierzchowski-Polecamy!!!

O książkach Szczególnie naszpikowany niedopowiedzeniami jest tekst Czarka Zbierzchowskiego.. Sprzyja to wracaniu do niego i czytania za każdym razem na inny sposób. Poza tym zaskakująca jest forma i kształt, jakie przybrało sobie to opowiadanie. Koniec historii w środku tekstu, a potem pokazanie tła, które przyczyniło się do takiego, a nie innego obrotu spraw, to prawdziwie zaskakujące rozwiązanie.

Emil Strzeszewski CREATIO FANTASTICA















Cezary Zbierzchowski (ur. 3 maja 1975 roku w Sierpcu) - polski pisarz, autor opowiadań i nowel fantastycznych. Absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Sierpcu (profil matematyczno-fizyczny) oraz Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego (praca magisterska z zakresu antropologii kultury). Pracuje w Warszawie, w firmie finansowej.

Debiutował w 2004 roku na łamach dwumiesięcznika "Ubik Fantastyka". Dwukrotnie wyróżniony przez redakcję "Nowej Fantastyki": w konkursie O. S. Carda za miniaturę Realis oraz w konkursie "Przestrasz siebie i nas" za opowiadanie Bestiariusz. Publikował na łamach "Nowej Fantastyki" oraz "Science Fiction, Fantasy i Horror", brał udział w antologiach opowiadań fantastycznych: Bez bohatera (Fantasmagoricon 2005) i Nowe idzie (Powergraph 2008). Pisze teksty krytyczne i publicystyczne dla sieciowego magazynu literacko-publicystycznego "Creatio Fantastica".

W 2008 roku nakładem Wydawnictwa Fantasmagoricon ukazał się debiutancki zbiór opowiadań Requiem dla lalek zawierający osiem tekstów, których akcja osadzona jest w wykreowanym przez autora świecie Rammy. Opowiadania Zbierzchowskiego charakteryzują się dużą różnorodnością formalną i tematyczną, łącząc w sobie elementy fantastyki socjologicznej, antyutopii, cyberpunku, horroru oraz fantastyki religijnej.
Moja literatura jest nieco obsesyjna



– przyznaje Czarek Zbierzchowski, przepytywany na okoliczność wydania zbioru opowiadań Requiem dla lalek.



Kuba Nowak: Z grubej rury na początek: większość tekstów w Requiem dla lalek budujesz na tezie o bezwolności i ślepocie człowieka. My – ludzie – nie jesteśmy wolni? I poznanie wciąż przed nami?


Czarek Zbierzchowski: Fakt, walisz z grubej rury, ale to pytanie wydaje się kluczowe dla zrozumienia nie tylko tej konkretnej książki, ale całej „filozofii” mojego pisania. Właściwie to dwa pytania: o wolną wolę i możliwości poznawcze człowieka. Jestem ambiwalentny w kwestii poznania; gnoza miesza się w moim umyśle z agnostycyzmem, przy czym ten drugi pogląd (paradygmat?) z upływem lat zwycięża. Sztandarowym tekstem jest tu Mr Fiction, który chyba można określić mianem manifestu agnostyckiego. Nie interesuje mnie przyjmowanie prawd „na wiarę”, nie potrafię tak „poznawać” rzeczywistości. Chciałbym zobaczyć każdy jej wymiar, także ten ponadzmysłowy, którego z definicji zobaczyć się nie da. Równocześnie zdaję sobie sprawę z ograniczeń ludzkiego aparatu poznawczego i z ogromnego niebezpieczeństwa, że może nie istnieć żadna Wyższa Prawda ani Pierwsza Przyczyna. Ta myśl wpędzała mnie kiedyś w wielkie przygnębienie, w tej chwili jest to raczej delikatna mgiełka smutku.


K.N.: A kwestia wolnej woli?


C.Z.: Znowu robi się ambiwalentnie (śmiech), ale już w znacznie mniejszym stopniu. Generalnie jestem daleki od fatalizmu, choć nie zawsze widać to w moich tekstach. Uważam, że warunki zewnętrzne mają na nas przemożny wpływ i bardzo często jesteśmy niesieni wiatrem wydarzeń, prowadzeni na sznurku przez decyzje i postępowanie innych ludzi. Przeciwstawiamy jednak światu potężny oręż w postaci samoświadomości i inteligencji, dzięki nim jesteśmy w stanie podejmować decyzje „pod prąd”, odciskać swoje piętno na rzeczywistości i doskonalić się wewnętrznie. Zauważ, że moi bohaterowie dokonują często rozpaczliwych wyborów, starając się poznać ukrytą głęboko prawdę, choćby mieli zapłacić za to wysoką cenę (jak Timon Kosowic czy Tristan z Requiem...). Prawda potrafi też przynosić ratunek lub powodować pozytywną przemianę (vide bezimienny narrator z Innego... i Markus Trent). Myślę, że najgrubsze więzy nakłada na naszą wolę (czy też: na naszą wolność) nie otaczający nas świat, ale nasz wewnętrzny cenzor, neurotyczny lęk, brak sprecyzowanego celu, wszystkie niedostatki, które wynosimy z wczesnych lat życia.


K.N.: No właśnie, jesteś polonistą, ale mocno zainteresowanym psychologią i psychiatrią, piszącym o pokręconych, popękanych wewnętrznie bohaterach. W książce sam żartujesz, że przy odrobinie złej woli, można uznać Twoją twórczość za „thrillery psychologiczne”.


C.Z.: Takie fascynacje, oczywiście, nie są przypadkowe. Biorą się z moich doświadczeń, zwłaszcza tych trudnych, zmuszających człowieka już we wczesnych latach do snucia egzystencjalnych przemyśleń. Nie chcę tu uprawiać psychicznego ekshibicjonizmu, ale nie ukrywam, że moja literatura jest nieco obsesyjna i pełni w jakimś stopniu funkcję oczyszczającą – mam nadzieję, że nie tylko dla autora. (śmiech) Psychika człowieka jest naprawdę ogromnym polem do prowadzenia literackich badań i obserwacji, niewyczerpalną kopalnią, pełną porażających odkryć i mrożących krew w żyłach suspensów. No i jeszcze – pełną piękna, które towarzyszy miłości czy gotowości do poświęceń. Wiem, że mojej prozie jest czasem bardzo blisko do powieści psychologicznej; staram się opisywać życie wewnętrzne człowieka w zgodzie z nauką, z psychologią kliniczną. W tym sensie jest to humanistyczna SF, choć, być może, nie widać tego na pierwszy rzut oka.


K.N.: Właśnie, twoja proza momentami zawiera bardzo niewiele wyznaczników gatunkowych, uznawanych za przynależne fantastyce. Przecież u Ciebie „fantastyczność” bywa tylko pretekstem, tłem dla konkretnych historii.


C.Z.: Fantastyczność to przede wszystkim filtr nakładany na rzeczywistość – głównie po to, by bardziej ją wyostrzyć. Nasze życie w realu jest niejako rozmyte, pełne rozdwojonych linii i stępionych kantów, bo znamy je od zawsze, wypełnia je rutyna dnia codziennego. Tymczasem fantastyka odkrywa świat na nowo, nie wstydzi się zadawać trudnych pytań, nie ucieka też przed opowiadaniem barwnych historii. Tworzenie fantastyki polega na umiejętnym skomponowaniu wielu elementów: problemu, który zawiera w sobie fantastyczny pierwiastek, odpowiedniej scenerii i postaci, ale przede wszystkim klimatu (czyli tajemnicy). Rzeczywiście, nie grzeszę nadmiarem rekwizytów i rozbuchanych opisów, ale staram się pisać taką literaturę, jaką chciałbym czytać, czyli opartą o moralny dylemat i – mam nadzieję – intrygującą w warstwie fabularnej. Jednym zdaniem: fantastyka to środek do osiągnięcia celu, a nie cel sam w sobie.


K.N.: Możesz sobie wyobrazić własną prozę zupełnie pozbawioną elementów fantastycznych?


C.Z.: Mimo tego, co powiedziałem przed chwilą, w tym momencie – nie. Fantastyczna metoda jest mi bardzo bliska, bo zapewnia wolność w kreowaniu świata i odpowiedni ładunek – jak by to nazwać – fabularnego napięcia. Powiem najprościej jak potrafię: historie zupełnie odarte z fantastyki najczęściej wywołują u mnie stan znudzenia, słabo natężone bodźce nie są w stanie przedrzeć się przez zmysły. Tak ukształtowała się moja wrażliwość.


K.N.: Więc może odwrotnie: podkręcisz potencjometr z nalepką SF i dowalisz ultragadżeciarską science-fiction?


C.Z.: W tę stronę też się raczej nie wybieram, chociaż chwilowo mogę ten potencjometr podkręcać. Z rzeczy już napisanych i zamieszczonych w zbiorze postrzegam tak Bezludzie i Limfy szklankę. Myślę, że wbrew powierzchownemu wrażeniu, fantastyka tkwi bardzo głęboko w opisywanych przeze mnie historiach, stanowi spoiwo dla różnych poziomów które zawierają moje opowiadania.


K.N.: Które cechy z Twojej twórczości zebranej w Requiem… chciałbyś zachować, by zostały w tym, co pisać będziesz w przyszłości?


C.Z.: Muszę zacząć od tego, że chociaż chciałbym pisać jak najwięcej i mam sporo pomysłów, inne ważne zajęcia bardzo mi to utrudniają. Mam dość wymagającą pracę, której nie mogę po prostu odrabiać jak pańszczyznę. Jestem też mężem i ojcem rozbrykanych bliźniąt, którym trzeba poświęcać mnóstwo uwagi. To wszystko pochłania mnie, no i zwyczajnie zabiera mnóstwo czasu. Mam komfort bycia człowiekiem niezależnym finansowo od literackiego światka – nie wezmą mnie głodem redaktorzy i wydawcy, a nawet moi kochani czytelnicy (śmiech), ale jednocześnie ogranicza mnie to bardzo mocno. Muszę więc precyzyjnie planować, co będę robił dalej, by każdy kolejny tekst w jakimś stopniu przybliżał mnie do tego, co uważam za wyższy poziom. Mam nadzieję, że nie zabrzmiało to jakoś nadmiernie patetycznie.


K.N: Trochę jak z reklamy Nike’a (śmiech).


C.Z.: Chciałbym, żeby z antologii Requiem... pozostał nastrój egzystencjalnego niepokoju i tajemnicy. Chciałbym też rozwinąć kilka pomysłów (problemów?) zawartych w Innego nie będzie, Monecie, Mr Fiction, Requiem.... Myślę, że w przyszłości powrócę także do niektórych postaci znanych już czytelnikom z tego zbioru, choć wolałbym nie mówić, o które z nich chodzi.


K.N.: Wrócisz więc jeszcze do świata Rammy.


C.Z.: Póki co, nie mam zamiaru go opuszczać. Wszystko, co kiełkuje teraz w mojej głowie, osadzone jest w tym świecie. Bardzo lubię klimat Rammy – miejsca tylko odrobinę innego niż nasza rzeczywistość, ale przez to jeszcze bardziej niepokojącego. Wykreowanie porządnego, wielowymiarowego świata to zresztą duża praca koncepcyjna. Trzeba mieć na to mnóstwo czasu, więc jeśli cierpi się niedostatki w tej materii, lepiej pozostać w znajomym miejscu i rozbudować swoją wizję.


K.N.: Mnie mocno kojarzyła się z Bałkanami.


C.Z.: Masz rację, kiedyś interesowałem się tym konfliktem, śledziłem doniesienia o walkach i czystkach etnicznych, ale po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że dla człowieka z boku zrozumienie tego wszystkiego jest całkowicie niemożliwe. To jakiś koktajl Mołotowa z ludzkiej krwi i żółci, wystarczy zgrzytnięcie zębami, żeby się zapalił. Kiedy przystępowałem do pisania finałowego opowiadania Requiem dla lalek, poczytałem też trochę o sytuacji we Francji, gdzie islamscy emigranci zamykają się w gettach, a czasami wychodzą na ulicę, żeby palić samochody i rabować. Stracili marne miejsca pracy w przestarzałych fabrykach i hutach, i teraz żyją na krawędzi ubóstwa, pielęgnując spotworniałe w nowych warunkach religijne nakazy. Tristan w pewnym momencie mówi, że kiedy Rammańczycy znajdą jego zwłoki, nie będą mogli pojąć, dlaczego zrobił to, co zrobił – przecież wydawał się całkiem „oswojony”. W tym właśnie tkwi sedno problemu.


K.N.: Patrząc chronologicznie, kolejne Twoje teksty są coraz dłuższe. Następna będzie powieść?


C.Z.: W komentarzu odautorskim do Płonąc od środka (w antologii Nowe idzie) piszę wprost, że teraz nadszedł czas na pisanie powieści. W moim przypadku dzieje się tak z bardzo prostej przyczyny – teksty, które piszę, są coraz dłuższe, bo tematy, które poruszam, wymagają coraz bardziej wielowymiarowego przedstawienia. Mam wrażenie, że już opowiadanie Requiem dla lalek mogłoby osiągnąć rozmiary powieści, gdyby nie świadome skracanie go na potrzeby zbioru. Na samym początku założyłem, że będzie to tekst nie dłuższy niż dwieście tysięcy znaków i trzymałem się tego. Teraz planuję pierwszą powieść, która będzie miała dość luźną strukturę (trochę jak Tracę ciepło Łukasza Orbitowskiego), ale z pewnością będzie funkcjonalną całością.


K.N.: Borderline, o której wspominasz w Requiem…? Opisałeś ją jako eksperymentalną – to ironia?


C.Z.: Tamta historia to przeszłość, a słowo „eksperymentalna” z czasem nabrało rzeczywiście autoironicznego znaczenia. Pisałem ją jakieś osiem lat temu, metodą swobodnego strumienia świadomości, notowałem niemal wszystko, co wpadło mi do głowy. Ale, żeby oddać sprawiedliwość tej „powieści”, muszę zaznaczyć, że to w niej po raz pierwszy pojawiła się Ramma, że właśnie tam stworzyłem zręby mojego świata – z jego miejskim, odrapanym klimatem, tajemnicami, melancholią i przemocą. Na kartach Borderline debiutowali zresztą niektórzy bohaterowie zbioru. To taki tekst-inkubator, nienadający się do wydania czy nawet głębokiej korekty, ale wciąż dostarczający nowych pomysłów na kolejne utwory.


K.N.: Śledziu w komiksach o osiedlu Swoboda wypisywał na murach nazwy zespołów, których słuchał przy rysowaniu. U Ciebie w radiu w jednym z opowiadań lecą Pixies, w innym Brendan Perry z Dead Can Dance. To oni grają Zbierzchowskiemu do pisania?


C.Z.: Kiedyś w ogóle nie wyobrażałem sobie pisania przy jakichkolwiek dźwiękach, a zwłaszcza przy muzyce. Do klawiatury musiałem zasiadać w absolutnej ciszy, inaczej uciekały mi myśli. To zmieniło się po przyjściu na świat dzieci, żyję właściwie w nieustannym hałasie, więc ostatnio pisałem już ze słuchawkami na uszach, puszczając sobie Closer Joy Division i White chalk P.J. Harvey. To jednak nadal rzadkość, z reguły staram się ograniczyć liczbę bodźców, muzyka towarzyszy raczej tej części twórczego procesu, która polega na wyobrażaniu sobie poszczególnych scen. Bardzo często myślę o swoich tekstach jak o niesfilmowanych scenariuszach, uwielbiam, kiedy muzyka działa podobnie na moją wyobraźnię, gdy zapładnia ją do tego stopnia, że pod powieki cisną się gotowe krajobrazy, gesty i scenografie. Ostatnio z wielka przyjemnością słuchałem m.in. Duality Lisy Gerrard, In rainbows Radiohead czy Third Portishead. Jest tego o wiele więcej, włącznie z Brendanem Perrym i z Pixies, o których pytałeś.


K.N.: Pytam, bo czasem zastanawiam się, czy puszczając określoną muzykę można choć trochę manipulować treścią tekstu, który powstaje przy słuchaniu. Czy zabierając się do pisania, możesz przynajmniej minimalnie wpłynąć na jego efekty, wybierając słuchanie Slayera zamiast Lisy Gerrard?


C.Z.: Na tym polega rola muzyki podczas „planowania” przyszłych historii. Kiedy zaczynam stukać w klawisze, muzyka nie jest już potrzebna, bo ukształtowała wcześniej określoną wizję, wytrawiła słowa jak kwas albo wygładziła jak woda. Jestem nałogowym słuchaczem, nie wyobrażam sobie życia (i pisania) bez tych wszystkich pokręconych i rozdzierających duszę brzmień.


K.N.: W zbiorze kilkakrotnie pojawiają się androidy (Bezludzie, Requiem…). W jednym z komentarzy napisałeś, że je uwielbiasz, że według Ciebie są szlachetniejsi od swoich ludzkich konstruktorów. Skąd się to wzięło? Z fascynacji ****iem?


C.Z.: Myślę, że tak – **** to największy mistrz mojej młodości. W jego twórczości bardzo często sztuczni ludzie przedstawiani są w lepszym świetle niż prawdziwi. Walczą o swoją tożsamość, starają się udowodnić, że należą do gatunku homo sapiens, podczas gdy ludzie z krwi i kości popełniają najgorsze zbrodnie, dopuszczają się zdrady itp. Android czy sztuczna inteligencja to synonim racjonalnego działania, które może być szlachetniejsze niż to wynikające z niskich pobudek. W istnienie androida jest też wpisany pewien tragizm, polegający na zaprogramowaniu do określonego celu (przychodzi mi na myśl Impostor).


K.N.: Zobacz, znów kłania się nam kwestia wolnej woli.


C.Z.: Stosunek sztucznego człowieka do prawdziwego jest trochę taki, jak prawdziwego do istoty boskiej, zwłaszcza do złośliwego, nieprzewidywalnego demiurga gnostyków. Poza tym – w przewrotny sposób – imponuje mi postać androida, wiernego swoim „zasadom”, dążącego niezłomnie do wyznaczonego celu, nie wahającego się nawet poświecić życia w imię interesów swoich „władców”. Jest w tym jakiś pierwotny heroizm, wyjście poza własne dobro dla dobra ogółu. My, ludzie cywilizacji Zachodu, już dawno to utraciliśmy.


K.N.: W książce wspominasz Lyncha, mnie zakończenie Miejsca na drodze skojarzyło się mocno ze sceną z Mulholland Drive, w której po tym, jak bohaterki robią coś, co sprawia, że ich los się wypełnia, para starych ludzi chichocze w taksówce. Pudłuję, czy coś jest na rzeczy?


C.Z.: Jestem wielkim fanem Lyncha od czasu, kiedy TVP wyemitowała po raz pierwszy Twin Peaks, a ja zakochałem się w tym serialu, włącznie z muzyką Angelo Badalamentiego. Widziałem chyba wszystko, co reżyser nakręcił pomiędzy Blue Velvet a Mulholland Drive, w tym genialną, utrzymaną w zupełnie innej poetyce Prostą historię. Nie trawię za to Głowy do wycierania i ostatniego obrazu, czyli Inland Empire, który zawiera sceny absolutnie genialne, wprost wyrywające widza z fotela, ale jako całość robi wrażenie zbyt chaotycznego i nakręconego jakby dla siebie, bez zwracania uwagi na odbiorcę. To jest doskonały przykład na to, że w sztuce narracyjnej należy dbać o jakiś, choćby szczątkowy, kontakt z odbiorcą. W przeciwnym wypadku nić porozumienia zostaje zerwana i czytelnik / widz / słuchacz – pozbawiony punktu zaczepienia – przestaje angażować się w opowiadaną historię. Do tej pory udawało się Lynchowi tak balansować między jasnym komunikatem a bełkotliwą wizją, że osiągał efekty emocjonalnie porażające. Uwielbiam jego obsesyjność, przemieszanie elementów niskiej i wysokiej kultury, spiętrzone do granic wytrzymałości tajemnice. To w dużym stopniu mój ideał „fantastyczności”. Lynch funkcjonuje obok science-fiction i jednocześnie nie przynależy do głównego nurtu; czystsza gatunkowo Diuna, w której sięgnął do klasyki SF, jest – nie tylko moim zdaniem – jednym z jego słabszych filmów.


K.N.: Półżartem, jeszcze a propos Lyncha: co jest dla Ciebie niebieskim pudełkiem, otwieranym trójkątnym kluczykiem?


C.Z.: No tak, wspomniałem o tym w komentarzu do Mr Fiction... Oprócz pewnej oczywistości, czyli tego, że stanowi ono symbol (a może nawet alegorię) tajemnicy, jest też tym wszystkim, co próbujemy osiągnąć, do czego zbliżamy się w naszych działaniach, chociaż wiemy doskonale, że możemy nigdy nie dotrzeć do celu. Nasze starania są jednak wartością samą w sobie, nasze próby nazwania, zrozumienia rzeczywistości i siebie prowadzą nas ku większej doskonałości. Lynch w autobiograficznej książce Catching the big fish wskazuje, że metodą do samodoskonalenia jest medytacja, rzecz obca mi w klasycznej postaci. Ale, gdyby podciągnąć pod nią codzienne przemyślenia, nieustanne obrabianie w myślach różnych fragmentów rzeczywistości i siebie, kto wie, może okazałbym się medytującym mnichem. Efekty tych „medytacji” widać potem na kartach moich utworów.


K.N.: Ostatni raz o fascynacjach: którą książkę ****a powinien zekranizować David Lynch?


C.Z.: No, tutaj zabiłeś mi ćwieka, bo chciałbym szczególnie mocno zobaczyć na ekranie moją ukochaną powieść ****a, czyli Valis, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że trudną ją sfilmować i chyba nie do końca pasuje do klimatu Lyncha. A może się mylę? Ponieważ decyzja jest trudna i brakuje mi trochę rozeznania w niuansach sztuki filmowej, odpowiem czysto intuicyjnie: chciałbym zobaczyć Trzy stygmaty Palmera Eldricha. To jest powieść, która powstała – jeśli wierzyć biografowi ****a – z obsesyjnego lęku pisarza przed wizją potwornej maski, dostrzeżonej pewnego razu na niebie. Jeśli połączylibyśmy ze sobą dwie obsesyjności, moglibyśmy otrzymać niezwykle ciekawe dzieło, które przeryłoby nasze mózgi na wylot.


K.N.: Na koniec pytanie o metodę pisarską. Wiem, że bardzo ważna jest dla Ciebie forma tekstu, język. I jednocześnie nie starasz się popisywać, piszesz zwięźle, formalnie oszczędnie. Redakcja = redukcja?


C.Z.: Literatura, wbrew temu, co twierdzą niektórzy miłośnicy SF, to dla mnie przede wszystkim forma.


K.N.: Wszyscy fantastyczni fetyszyści pomysłów właśnie wpisali Cię na czarną listę.


C.Z.: Zauważ, że nawet najciekawsze wydarzenia, spisane w punktach, w postaci szczątkowych notatek, nie będą dziełem literackim. Nawet jeśli opiszemy w ten sposób ciekawą filozofię, czy też zamieścimy świetne spostrzeżenia psychologiczne lub społeczne, otrzymamy co najwyżej traktat naukowy. Literackość zaczyna się tam, gdzie pojawia się opowieść, gdzie autor posługuje się językiem świadomie jak malarz farbami. Chociaż nie lubię Masłowskiej, od pierwszych kart Wojny polsko-ruskiej czuję, że to literatura. Moja strategia pisarska jest jednak zupełnie inna i rzeczywiście jest nią pewna oszczędność, połączona z zagęszczaniem języka. Nie uważam na przykład, że dialogi powinny być długie, a opisy przedstawiać czytelnikowi każdy detal.


K.N.: Co bodaj Maciej Parowski nazwał kiedyś literackim autyzmem.


C.Z.: Wystarczy, że postaci wymienią między sobą kilka słów, by osiągnąć właściwe napięcie (chciałoby się powiedzieć „jak w życiu”). Jeśli podpowiemy czytelnikowi kilka elementów opisywanego świata, on sam zaangażuje się w wypełnianie wizji swoimi wyobrażeniami. I tak dalej, i dalej. Sądzę, że takie podejście do literackiego tworzywa bierze się w pewnej mierze z faktu, że przez krótki czas pisałem poezję, a to wymaga sporej lapidarności. Mam nadzieję, że nie przeszkodzi mi to w tworzeniu utworów o większej objętości, że będę potrafił odpowiednio „rozwodnić” planowaną powieść. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.


K.N.: Dzięki. I jednak nie-rozwodnionej, gęstej w treści powieści życzę.


C.Z.: Dzięki za rozmowę, Kuba.



***



Zapowiedzieliśmy dumnie, że wywiadem z Czarkiem wprowadzimy nową technologię do Creatio. Niestety, zapomnieliśmy zabezpieczyć się przed złośliwością losu i w związku z tym jednego z dyskutantów wyeliminowała awaria sprzętu, drugiego nawał obowiązków, a potem także i odpytywanemu padła karta dźwiękowa. Jako jedyny wyszedłem cało z tej próby, co chyba oznacza, że ktoś rzucił na redakcję klątwę dotykającą wyłącznie aktywnych pisarzy i przynajmniej na łamach tego numeru CF żaden z nich nie przemówi swoim własnym głosem.



Na szczęście nasze klawiatury działały cały czas, w związku z tym Kuba Nowak, jako pierwszy poszkodowany, został poproszony o dostarczenie mi pytań, które miałem zadać Czarkowi podczas nagrania. Następnego dnia już wiedzieliśmy, że podcastu nie będzie, zatem, na widok listy przesłanej przez redakcyjnego kolegę, moje lenistwo wzięło górę i pozwoliłem sobie jedynie wprowadzić konieczną korektę do długiej i ciekawej dyskusji, z którą zapoznaliście się powyżej.



Nie da się ukryć, że praca z Czarkiem nad zawartością Requiem dla lalek była dla mnie przyjemnością, a kolejne pozytywne recenzje pojawiające się w różnych miejscach wbijają w dumę i autora i redaktora. Przy całej jednak wiedzy, jaką mam o tej książce, nie bardzo wiem, jak mam o niej z autorem rozmawiać – apeluje ona bowiem do moich emocji, porusza wyobraźnię, pozwala, jak to przy jakiejś okazji ujął Marcin Przybyłek, czytać się sercem. O czymś takim mówi mi się najtrudniej i dlatego bardzo się cieszę, że kto inny podjął się wiwisekcji pisarza i jego dzieła i zrobił to w taki sposób, że rozmowa nie kończy się na odpytywaniu, co autor miał na myśli na stronie 231 w wierszu szóstym od góry.



Dziękując wszystkim, którzy zapoznali się z wywiadem jak i z tym krótkim posłowiem, zapraszam do lektury zbioru Czarka wszystkich tych, którzy go jeszcze nie czytali.



Sławomir Spasiewicz

źródłó-"CREATIO FANTASTICA"


Opcje:   Strona gotowa do druku  Czytaj jako PDF 

Koszyk
Twój koszyk jest pusty

Data aktualizacji bazy: 29.07.2010 11:12
produktów w bazie: 54718
 

Nowości
KsiążkiKsiążki

Więzienia nędzy
cena: 20,70 zł   
Słownik techniczny polsko-hiszpański
cena: 149,03 zł   
Kapitał ludzki organizacji
cena: 33,91 zł   
Mary Poppins otwiera drzwi
cena: 31,38 zł   
Książeczka o owieczce
cena: 12,34 zł   
Wróżki w tarapatach
cena: 16,48 zł   

Zobacz więcej »

MuzykaMuzyka

RVG - Look Out!
cena: 38,00 zł   
Hannah Montana 2 / Meet Miley Cyrus
cena: 43,01 zł   
Jeszcze raz [OST]
cena: 43,01 zł   
Jozin z bazin v Polsce
cena: 34,21 zł   
Konk
cena: 52,00 zł   
L.stadt [Digipack]
cena: 28,50 zł   

Zobacz więcej »

FilmyFilmy

Głębia Oceanu
cena: 32,54 zł   
Hotel Babylon SERIA 1
cena: 61,82 zł   
Kabaret Moralnego Niepokoju - Historia Polski
cena: 40,66 zł   
Nowa Europa Michaela Palina, wydanie 2-płytowe
cena: 43,92 zł   
Pod jednym dachem odc.5-8
cena: 21,14 zł   
Pora Umierać
cena: 40,66 zł   

Zobacz więcej »
 

Copyright © 2008-2010 Bonusmedia - Księgarnia internetowa e-mail: bonus@bonusmedia.pl - Wszelkie prawa zastrzeżone.  rss
Opracowanie i administracja MS STUDIO. Uwagi techniczne: slawek@msstudio.com.pl